Zanim był seks, zanim było miasto, była tylko Carrie Bradshaw z Castlebury w Connecticut. Jeśli nie zrozumieliście poprzedniego zdania to oznacza, że nie wiecie, że mowa o prequelu serialu Seks w wielkim mieście, którego notabene Gosiarella nie oglądała, ponieważ wydaje się zbyt infantylny. Niemniej skoro nie oglądałam to nie powinnam się wypowiadać. Przez powyższe nie miałam najmniejszej ochoty oglądać prequelu, ale czego się nie robi, gdy człowiek zwija się z bólu i szuka natychmiastowej odskoczni.
Premiera: 2013
Stacja: The Cw
Gatunek: Komedia rom.
Sezony: 2 (zakończony)
Mamy rok Orwellowski, czyli 1984. 16-letnią Carrie Bradshaw (AnnaSophia Robb), która po raz pierwszy po śmierci matki musi zmierzyć się z nowym rokiem szkolnym. Ten dzień okazuje się być znacznie lepszy, niż dziewczyna przewidywała. W jej liceum pojawia się nowy, przystojny chłopak, Sebastian Kydd (Austin Butler), a jej ojciec informuje ją, że może rozpocząć staż w prawniczej firmie na Manhattanie. Od tego momentu życie nastoletniej Carrie zmienia się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Oczywiście Carrie jest naszą główną bohaterką, która jest nawet sympatyczna, chociaż jak na moje oko zbyt podatna na wpływy. Każda jej decyzja, czy dotycząca spraw błahych czy też ważnych, jest zależna od tego co mimochodem powiedziała zupełnie obca dla niej osoba. Trochę to irytujące. Pozostali bohaterowie przypominają trochę gabinet osobowości. Puszczalska Maggie (Katie Findlay), ambitna Azjatka Mouse (Ellen Wong) z bzikiem na punkcie rywalizacji, homoseksualny Walt (Brendan Dooling), który dopiero wychyla się zza drzwi szafy, popularna miss szkoły Donna (Chloe Bridges) oraz zbuntowana Dorrit (Stefania Owen). Oczywiście jest również Sebastian, który jest dość uroczy, mimo że wyglądem przypomina dziecko z dziwnie nabrzmiałą dolną wargą. Jednak moją ulubioną postacią jest Donna, ale tego nawet komentować nie będę.
Najciekawszą rzeczą w „Pamiętnikach Carrie” jest fakt, że jest on współczesnym serialem, którego akcja jest ulokowana w latach ’80, a przy tym jest to prequel do „Seksu w wielkim mieście”. Jest to dość zabawne, ponieważ pojawiają się Mario Bross, komputery, dyskietki, ogromne telefony komórkowe, czy Tony Howk , czyli wszystko to czego wówczas przyszłość była niepewna, a obecnie jest kultowe lub wpisało się w nasze życie bardzo mocno. Najgorsze jest jednak to, że ciągle zapominałam, że twórcy wrzucając to do scenariusza doskonale zdawali sobie z tego sprawę. To trochę frustrujące ciągle pamiętać, że uśmieszek na twarzy jest wynikiem drobiazgowego planu, a nie zbiegiem okoliczności, czy prognozami. Takie zabiegi tworzone z premedytacją to zupełnie inna perspektywa, niż gdy ogląda się serial tworzony w latach ’80 czy ’90, a jego twórcy nie mieli bladego pojęcia co przyniesie przyszłość.
Cała ta sytuacja ma też swoje plusy np. ubrania. Moje oczy i żołądek nie muszą się męczyć z prawdziwą modą lat ’80, ponieważ przyjmuje jej mocno uwspółcześnioną czy też złagodzoną wersję. Co ciekawe sukienki Carrie były nawet całkiem ładne, ale może piszę tak dlatego, że było dużo różu i falbanek, a Gosiarella lubi róż i falbanki!
Oczywiście Carrie jest naszą główną bohaterką, która jest nawet sympatyczna, chociaż jak na moje oko zbyt podatna na wpływy. Każda jej decyzja, czy dotycząca spraw błahych czy też ważnych, jest zależna od tego co mimochodem powiedziała zupełnie obca dla niej osoba. Trochę to irytujące. Pozostali bohaterowie przypominają trochę gabinet osobowości. Puszczalska Maggie (Katie Findlay), ambitna Azjatka Mouse (Ellen Wong) z bzikiem na punkcie rywalizacji, homoseksualny Walt (Brendan Dooling), który dopiero wychyla się zza drzwi szafy, popularna miss szkoły Donna (Chloe Bridges) oraz zbuntowana Dorrit (Stefania Owen). Oczywiście jest również Sebastian, który jest dość uroczy, mimo że wyglądem przypomina dziecko z dziwnie nabrzmiałą dolną wargą. Jednak moją ulubioną postacią jest Donna, ale tego nawet komentować nie będę.
Najciekawszą rzeczą w „Pamiętnikach Carrie” jest fakt, że jest on współczesnym serialem, którego akcja jest ulokowana w latach ’80, a przy tym jest to prequel do „Seksu w wielkim mieście”. Jest to dość zabawne, ponieważ pojawiają się Mario Bross, komputery, dyskietki, ogromne telefony komórkowe, czy Tony Howk , czyli wszystko to czego wówczas przyszłość była niepewna, a obecnie jest kultowe lub wpisało się w nasze życie bardzo mocno. Najgorsze jest jednak to, że ciągle zapominałam, że twórcy wrzucając to do scenariusza doskonale zdawali sobie z tego sprawę. To trochę frustrujące ciągle pamiętać, że uśmieszek na twarzy jest wynikiem drobiazgowego planu, a nie zbiegiem okoliczności, czy prognozami. Takie zabiegi tworzone z premedytacją to zupełnie inna perspektywa, niż gdy ogląda się serial tworzony w latach ’80 czy ’90, a jego twórcy nie mieli bladego pojęcia co przyniesie przyszłość.
Cała ta sytuacja ma też swoje plusy np. ubrania. Moje oczy i żołądek nie muszą się męczyć z prawdziwą modą lat ’80, ponieważ przyjmuje jej mocno uwspółcześnioną czy też złagodzoną wersję. Co ciekawe sukienki Carrie były nawet całkiem ładne, ale może piszę tak dlatego, że było dużo różu i falbanek, a Gosiarella lubi róż i falbanki!
Jak widać na załączonym obrazku, stroje są tak adekwatne do czasów, jak w „Reign”, ale przynajmniej jest czym oczy nacieszyć. Z tego co słyszałam nie jest też wiernym prequelem do „Seksu w wielkim mieście”, bo podobno tam ojciec odchodzi od rodziny, a tu mamy troskliwego tatusia.
Ogólnie serial nie jest ani ambitny, ani intrygujący, ani specjalnie zabawny, ani nie ma efektów specjalnych, ani nie jest romantyczny, ani motywacyjny czy inspirujący, ani nie skrywa wielkiej tajemnicy, on nawet specjalnie dobry nie jest. Chyba Was zniechęciłam, a nie o to do końca mi chodziło. „Pamiętniki Carrie” po prostu są i da się je obejrzeć. Gdy człowiek aktualnie choruje (jak Gosiarella ostatnio) i potrzebuje szybkiego rozpraszacza, który nie wymaga sprawności umysłowej, to ten serial nadaje się idealnie. Obejrzałam 2 sezony w ciągu 3 dni umierania, więc nie jest najgorzej. Przez niego zaczynam też rozważać obejrzenie „Seksu w wielkim mieście”, ale obawiam się, że to by była masochistyczna decyzja.
Ps. Oglądaliście "Seks w wielkim mieście"? Warto?
Ogólnie serial nie jest ani ambitny, ani intrygujący, ani specjalnie zabawny, ani nie ma efektów specjalnych, ani nie jest romantyczny, ani motywacyjny czy inspirujący, ani nie skrywa wielkiej tajemnicy, on nawet specjalnie dobry nie jest. Chyba Was zniechęciłam, a nie o to do końca mi chodziło. „Pamiętniki Carrie” po prostu są i da się je obejrzeć. Gdy człowiek aktualnie choruje (jak Gosiarella ostatnio) i potrzebuje szybkiego rozpraszacza, który nie wymaga sprawności umysłowej, to ten serial nadaje się idealnie. Obejrzałam 2 sezony w ciągu 3 dni umierania, więc nie jest najgorzej. Przez niego zaczynam też rozważać obejrzenie „Seksu w wielkim mieście”, ale obawiam się, że to by była masochistyczna decyzja.
